szapiel at ownlog '10

Nie mam Internetu


Link 28.07.2010 :: 17:38

Ale za to jestem już w Warszawie, więc teraz to odczuwam.



Komentuj (0)

Piątkowy wpis relaksacyjny


Link 02.07.2010 :: 01:12



I kto wie, może wyjdzie z tego całkiem kontynuowany cykl!

(nie było łatwo, ale udało się umieścić - "wystarczyło" ściągnąć film i zamieścić go osobiście, bez ograniczeń udostępniania)



Komentuj (4)

Połowa mistrzostw odbędzie się po hiszpańsku


Link 26.06.2010 :: 01:04

A ja umiem tylko patria o muerte! i Partido Communisto del Cuba powiedzieć.



Komentuj (4)

Gry rzeczywiście trochę uczą


Link 24.06.2010 :: 00:43

Wpis relaksacyjny: nic o polityce, dzieciach, sesji i temu podobnych. Dyskusja możliwa, ale raczej nie drażliwa.

W ramach wakacji i odpoczynku (od Obliviona) wygrzebałem ze stosu czyjeś - niestety, pirackie - Call of Duty. Tak, wiem, że obecnie gracze na całym świecie rozkoszują się już chyba czwartą częścią, ale ta się ani trochę nie zestarzała.

Gra wybitnie nie w moim typie. Strzelanka w pierwszej osobie, żadnych magów ani możliwości sprzedania drożej niż się kupiło. Ot, jako amerykański żołnierz zostałem zrzucony w Normandii w 1944, sobie zdobywaliśmy przyczółki i broniliśmy mostów. Dużo do mnie strzelali, a strasznie mnie to stresuje. Naprawdę. Nie lubię, jak w grach do mnie strzelają.
Potem sprawa w Normandii się ustabilizowała, a ja powędrowałem do Alp. Tu było też miło, i już się przyzwyczaiłem prawie do tego, że ciągle do mnie strzelają i muszę się kryć. A że trudno się ukryć na ryczącej, rozpędzonej ciężarówce, kiedy sierżant wrzeszczy, żebym brał pancerfausty i rozwalał goniących nas Niemców (no jasne, z jadącej z nadmierną prędkością ciężarówki), to im dalej w las, tym bardziej obrywałem. Ale jakoś, za którymś razem, zawsze się udawało.
Robiło się coraz nudniej, chociaż jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy.

I po którejś misji gdzieśtam (z którą się musiałem mierzyć z 5 razy, bo ktoś wpadł na niesamowicie dobry pomysł, że strącenie kilku nadlatujących ze wszystkich stron samolotów to dla mnie pestka, a reszta oddziału zajmie się czymś miłym) zamiast znajomego maszynowego pisma i ekranu wczytywania z porządnym, amerykańskim orłem zobaczyłem coś nowego.

Pisał do mnie sam towarzysz Stalin.
Rozumiał nasze poświęcenie. Ale żądał, abyśmy wytrzymali. Aby ani metr - radziecki metr! - więcej nie został oddany faszystowskim najeźdźcom. Choćby za cenę tysięcy istnień.

Od tej chwili byłem żołnierzem Armii Czerwonej. A stać się nim na barce płynącej w Stalingradzie 1942 roku przez Wołgę, to naprawdę niezapomniane przeżycie.

Siedzieliśmy skuleni na dnie barki. Jakiś oficer wrzeszczał na nas, że mamy ogromne szczęście. Że dadzą nam jedzenie, broń i amunicji w bród, a Niemcy mają przecięte linie zaopatrzenia i ledwo ciągną. Że jest nas za dużo, żeby w ogóle mogli próbować dać nam odpór. I że nie pozwoli na sianie defetyzmu, czarną propagandę, a przede wszystkim - za zdradę. Za krok w tył.

A wokół nas, na rzece, wybuchały kolejne pociski. Czasami z jakąś barką - ale dużo nie widziałem. Dość dużo słyszałem, żeby trzymać się blisko pokładu.
Oficer wrzeszczał cały czas. Nikogo to nie podnosiło na duchu.

Po drugiej stronie rzeki mgła była nieco słabsza. Na szczycie wznoszących się brzegów, paręset metrów od wody, stały trupy kamienic. A między nimi był wrzask i wybuchy. Gdy to zobaczyliśmy, jeden z czerwonoarmistów wyskoczył z barki - a oficerowie go zabili. Chyba. Nie jestem pewien, bo padłem na pokład jak zaczęli krzyczeć i strzelać.
Dopłynęliśmy.
Nowa fala wrzasków: wysiadać. Natychmiast. Prawie zdążyłem postawić stopę na pomoście, kiedy barka rozleciała się w drzazgi. Ale przeżyłem. Ba, kiedy zebrałem się z desek pomostu, okazało się, że wybuch rzucił mnie bliżej punktu wydawania broni i amunicji.

Udało mi się wepchnąć w kolejkę przerażonych, brudnych ludzi - jeszcze ludzi.
I nic mi to nie dało. Nie dali mi broni. Dostałem pięć pocisków.
Próbowałem wrócić, ale nic to nie dało. Znowu wrzaski.

Tymczasem na wznoszący się brzeg uderzały kolejne fale ludzi. Niektórzy uzbrojeni. Inni czekający na ich śmierć, aby móc odebrać im karabin i chociaż próbować.
Takie kamienice nad brzegiem rzeki można zamienić w twierdzę. Jak się ma stanowiska karabinów, moździerze i niemieckie wyszkolenie, to przed twierdzą można urządzić niesamowitą rzeź. Biegłem, rzucałem się za sugestie pagórków, za palące się resztki samochodów, za parę kamieni pozostałych po ścianie. Leżałem za grupami ciał, poszukując schronienia przed ciągłym ostrzałem i wybuchami oraz - koniecznie! - wreszcie jakiejś broni. Niechby jeden granat.

Miałem tylko pięć pocisków. A wokół ziemia wybuchała, rzucając wszędzie resztki ciał i czerwonych sztandarów.

Z pomocą jakiegoś kolesia dotarliśmy we w miarę bezpieczne miejsce i tam przeczekaliśmy najgorsze. Pomyślałem (oprócz ciągłego "Może on ma? Nie ma. Może tu jakiś leży. Nie."), że już po wszystkim.
Ale nie było.
Staliśmy pod arkadami przy Placu Czerwonym. Nie miałem karabinu - i ten jeden raz byłem z tym szczęśliwy. Bo nie musiałem strzelać, kiedy zobaczyliśmy wycofujących się naszych, a padł jedyny możliwy rozkaz.
Po nich poszliśmy my.
Zdobyłem karabin. I, z wielkim trudem, parę nabojów więcej.

Musiałem misję na placu zaczynać cztery razy. Wokół był taki chaos i nagła śmierć, że nie byłem w stanie ogarnąć, co właściwie mam zrobić. "Zdobyć placu" się nie dało.

I tu przejdę do sedna, chociaż dobrze się pisze o tym wszystkim.

Cała ta opowieść była po to, żeby pokazać, jaki ładunek niosły za sobą sceny, jakie rozegrały się w zwykłej grze. Fakt - mam wyuczoną na rpgach zdolność wczuwania się w postacie. Ale nawet jakby nie, byłbym podobnie zafascynowany i wstrząśnięty.
Dawajcie dzieciom i rodzicom pograć w takie głupie strzelanki.
Nie są głupie.
Najlepszy film nie pozwoli tak dobrze zrozumieć, jakie to uczucie: usłyszeć nagły wizg i rzucać się w jakiś kąt w rozpaczliwej nadziei, że tym razem się uda. Najlepiej napisany podręcznik nie pokaże, jak wygląda bitwa o miasto z samego jej środka. I to taka bitwa.

Oczywiście, zanim dacie dzieciom i rodzicom grę, dajcie im książki. Dajcie im sprawdzone, w miarę zgodne z historią filmy. Bo inaczej potraktują to, co widzą, jak totalną fikcję i nie poczują tego, co ja poczułem.
Ale strzeżcie się niedoceniania gier, bowiem moc w nich wielka.



Komentuj (0)

Świat coraz bardziej niebezpieczny!


Link 13.06.2010 :: 02:30

/link/

Należy zabronić sztućców, długopisów, prądu (rozwiązuje problem porażeń oraz kabli), mebli z materiałów innych gąbka, szkła i w ogóle najlepiej wszystkiego.

Kononowicz miał rację. Niczego nie będzie.



Komentuj (22)

Herbata mi nie stygnie


Link 10.06.2010 :: 23:05

Naprawdę.

Zrobiłem ją już tak dawno, że nawet nie pamiętam. A ona ciągle jest gorąca. I wszystko inne jest gorące. Przede wszystkim powietrze. Albo moja skóra, i tylko mi się tak wydaje. Albo - co prawdopodobne - zarówno powietrze jak i skóra.

Wszystko jest gorące. Więc herbata mi nie stygnie. Jest w kubku, co się nagrzał od niej i od powietrza, gorącego.


Jutro mam egzamin z systemu bezpieczeństwa narodowego. Będzie pewnie trudny, bo nie wiadomo tak naprawdę z czego. System taki w Polsce nie funkcjonuje, więc nie ma możliwości całościowego ujęcia, co to takiego, co się na to składa i tak dalej. Ale niestety - nie jest tak, że go nie ma. Tak naprawdę jest, więc można o nim sporo powiedzieć. Co? To skomplikowane.
W związku z egzaminem cały dzień straciłem na nieuczenie się. Owszem, oglądałem prezentacje (których nienawidzę i nie wiem, dlaczego kolorowe plansze są uznawane za najlepsze źródło wiedzy) i czytałem chyba nawet Zieloną Książeczkę Kitlera (dr. hab.), ale była tak nudna i bez sensu, że całkiem możliwe, że to przespałem. Nie pasuje mi to jednak na uczenie się, ponieważ ani trochę nie czuję się bardziej nauczony, niż byłem.

Może to kwestia tego, że mi się w tej temperaturze mózg ścina. Może to być kwestia postępującego uzależnienia od Obliviona, którego kupiłem bardzo rozsądnie, jak tylko zaczęła się sesja - ale dzisiaj głód opanowałem.

Ale w sumie to mi wszystko jedno. Zapewne przez upał lub fakt, że egzamin ten nie ma najmniejszego związku z Oblivionem. Albo przez to, że i tak pewnie mi się uda, bo z reguły mi się udaje, kiedy mi wszystko jedno (w tym wypadku zaobserwowalibyśmy sprzężenie zwrotne).

Chociaż trochę zaczynam się denerwować.
Ale nie bardzo. Podobno wrzesień nie jest aż taki zły, no a poza tym, dlaczego miałoby mi się nie udać?
To wszystko straszne bzdury, a jestem w tym świetny.

Ależ gorąco.



Komentuj (4)

Trzeba być czujnym


Link 05.06.2010 :: 13:23

Jak się okazuje, nawet przy śniadaniu.

Dzisiaj, jak zazwyczaj, kiedy jem śniadanie sam, czyli jak prawie zawsze, włączyłem sobie telewizor. Nie zdążyłem jeszcze przełączyć na TVP Info, a Pani Z Telewizora strzeliła mnie prosto w twarz pociągiem.

"Trzeba wziąść"


Prawie się udławiłem.
A to publiczna telewizja była.



Komentuj (3)

Wielki szacun


Link 31.05.2010 :: 19:29



Mili państwo, po Europie krążył swego czasu żarcik, że najmniej znanym politykiem kontynentu jest prezydent Niemiec. Dzisiaj ten pan wyżej, Horst Köhler, stawił żarcikowi czoło.

Po jego słowach o konieczności obecności żołnierzy niemieckich w Afganistanie w celu ochrony niemieckich interesów, w kraju zapanowało oburzenie. Niemcy nie lubią być w Afganistanie (nikt nie lubi) i mają totalny uraz do używania armii, a nawet przyznawania się do jej posiadania.

Herr Bundespräsident przyznał się do błędu i podjął decyzję o dymisji. W końcu popełnił błąd. Zapewne uznał to za jedyne wyjście.

Jeżeli ktoś z Was także ma ochotę pogratulować mu honorowego traktowania swojej funkcji i wesprzeć w trudnych chwilach: poststelle@bpra.bund.de
Tylko grzecznie, proszę.



Komentuj (5)

Jestem pod wrażeniem


Link 25.05.2010 :: 18:48

Jestem pod wielkim!

Właśnie prawie wysłałem maila, zapominając o kluczowym dla niego - no bo po co bym go wysyłał, przecież nie ma życia towarzyskiego - załączniku. Gmail zaś przeczytał, że załącza, zobaczył, że nie załącza, i spytał, czy może jednak nie załączyć. Genialne.


Niedługo już w ogóle nie będziemy musieli myśleć!


(o innych rzeczach, pod którymi jestem, napiszę, jak przestanę)



Komentuj (2)

Pan Samochodzik i dżungla na Zaciszu


Link 16.05.2010 :: 13:31

Spędziliśmy weekend aktywnie i zdrowo, przechadzając się po osiedlu. I cóż zostało wypatrzone?

Photobucket

Kto zaczaił się wśród chaszczy?

Photobucket

No, on.


Tymczasem jednak miłe rzeczy mamy za sobą, a zbliża się tydzień pełen wyzwań. Po części niepodjętych wyzwań z tygodnia zeszłego, ale są też całkiem nowe. Muszę:
1) nauczyć się wreszcie statystyki i pochodnych
2) napisać pracę zaliczeniową na podstawy bezpieczeństwa militarnego
3) napisać pracę zaliczeniową na podstawy teorii bezpieczeństwa
4) nauczyć się do kolokwium z administracji, tym bardziej, jeżeli jednak otworzy mi drogę do zerówki
5) przygotować się do omówienia różnic i konfliktów wewnątrzislamskich
6) opracować i wysłać moje wystąpienie o tych państwowych systemach monitorowania zagrożeń militarnych, które jednak istnieją
7) opracować i wysłać moje wystąpienie na temat UB, którego nie było, więc muszę je napisać zamiast powiedzieć
8) nauczyć się do kolokwium z prawnych podstaw bezpieczeństwa i wreszcie zapamiętać różnicę między zadaniem a kompetencją
9) zdaje się, że przygotować się na wystąpienie z logistyki, z jakiegoś tematu
10) poprawka kolokwium z systemu bezpieczeństwa narodowego?
11) przygotować się do kolokwium z ekonomii, z czegoś


Piszę to tutaj po to, żeby poczuć jakąś odpowiedzialność przed Bogiem i historią za wypełnienie tych zadań, no i trochę się przy okazji poużalać, jak mam źle.
No i pewnie coś jeszcze dodam, jak znam AON.



Komentuj (9)

Archiwum

2010
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj

Kategorie

Linki

Fogiel po Europie!
rince
rince polterowy leszcz
nowy husarz
chłopiec bez oczu
ula
nora
konar
też konar
szapielowa, starsza
agatka
justyna na ownlogu

czarny humor
humor forumowy

Księga gości

Wyślij wiadomość


Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl